„Jak zdobyć Fryderyka i nie zwariować” – wywiad dla portalu T-Mobile Music 20.05.2014

Jak zdobyć Fryderyka i nie zwariować

Kaśka Paluch w rozmowie z altowiolistką Opium String Quartet, Magdaleną Małecką-Wippich dla portalu T-Mobile Music 20.05.2014

*

Kaśka Paluch: Odbierając Fryderyka powiedziałaś, że to, co robicie, jest szaleństwem.

Magdalena Małecka-Wippich: Powiedziałam to spontanicznie, ale nadal się pod tym podpisuję, nie tylko jeśli chodzi o muzykę współczesną, ale w ogóle muzykę kameralną. Trzeba być naprawdę wariatem, żeby poświęcić pół roku pracy, bez żadnego honorarium, aby przygotować i nagrać materiał na kolejną płytę. Miłość do muzyki sprawia, że nie jest się do końca normalnym. (Śmiech) Bo z praktycznego punktu widzenia, to zupełnie nie ma sensu.

Mój nauczyciel od skrzypiec powiedział mi, że jeśli chcę się tym zajmować w życiu, to muszę sobie szukać bogatego męża…

Bo jeśli podchodzimy do życia pragmatycznie, to zajmowanie się sztuką jest szaleństwem. Szczególnie muzyką kameralną, która w Polsce nie jest popularna. To wąska i dość elitarna dziedzina sztuki. Fakt, że otrzymałyśmy za naszą płytę „Chagall for Strings” z muzyką Piotra Mossa Fryderyka i znalazłyśmy się przez chwilę na jednej gali między ludźmi z mainstreamu, jest wyjątkowy. W telewizji, nie ma miejsca dla muzyków klasycznych. Jubileusz XX-lecia nagrody Fryderyk spowodował, że tym razem gala była wspólna i na jednej scenie pojawili się artyści z różnych dziedzin; jazzu, rozrywki, klasyki. Przez to XX-lecie Telewizja musiała ich po raz pierwszy jakoś „upchać” razem.

Nie wiem… ja mam wrażenie, że muzyka kameralna, zwłaszcza grana przez kwartety smyczkowe, ma większe szanse dotarcia do słuchacza. Przez swoją intensywność i bezpośredniość.

A mnie jednak wydaje się, że wiele osób nie wie nawet co to jest kwartet smyczkowy. Wiedzą kim jest wokalista, gitarzysta, klawiszowiec… ale kwartet smyczkowy? Kwartet kojarzy się często z czymś archaicznym, z zespołem, który nie ma nic nowego do powiedzenia w rzeczywistości XXI wieku, tylko gra Mozarta przebrany w stroje z epoki. Takie są wyobrażenia o kwartecie smyczkowym. Dlatego my jako Opium String Quartet, staramy się te wyobrażenia łamać.

Podobnie jak z tym, że kwintet fortepianowy to pięć fortepianów… no dobrze, to jak w takim razie należy się przygotować do słuchania muzyki kameralnej? O ile w ogóle. Choć są kompozytorzy i muzycy, zna ich też historia, którzy od słuchacza wręcz wymagają wiedzy i przygotowania.

Czy muzyka wymaga przygotowania? I tak, i nie. Często stykam się z sytuacją, że osoba, którą zapraszam na koncert nie mająca wykształcenia muzycznego, wychodzi pod ogromnym wrażeniem, bo wcześniej nie przypuszczała, że znajdzie na nim tyle energii, nastrojowości, emocji. Wiedza oczywiście pomaga w słuchaniu, bo mamy większą świadomość, wyczucie formy i zdolność analizowania. Ale bardzo dużo osób do muzyki podchodzi czysto emocjonalnie. Często dowiaduję się, że płyta czy koncert wywołały jakieś silne uczucia w kimś, kto nie ma – powiedzmy – tego zaplecza teoretycznego. Nieraz po naszych kwartetowych koncertach spontanicznie podchodzą do nas ludzie, sami przyznając się do swej muzycznej ignorancji. Są tak szczęśliwi, że muszą na gorąco podzielić się swoimi wrażeniami, powiedzieć nam, że odkryli coś nowego, magicznego. Zatem wiedza pomaga, ale też nie zawsze jest do przeżywania muzyki konieczna.

Bo zabija spontaniczność?

Mnie na szczęście, wiedza w słuchaniu muzyki nie przeszkadza. Zależy chyba jakim się jest człowiekiem. Jeśli ktoś ma z góry krytyczne podejście, nie potrafi w sobie tej spontaniczności obudzić, słucha na sucho… chociaż nie wiem czy jest to możliwe, by słuchać muzyki na sucho…nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Wciąż jednak nie wiemy jak laik powinien przygotować się do pójścia na koncert muzyki kameralnej, współczesnej, żeby nie wyjść stamtąd z płaczem.

A może chodzi Ci o to, że jeśli sztuka staje się zbyt przeintelektualizowana, można ją tylko odbierać mając przygotowanie teoretyczne?

No tak, bo nie da się ukryć, że choć spontanicznie można odbierać Lutosławskiego, to już dodekafonicznych czy punktualistycznych kwartetów Weberna trudno słuchać z dziecięcą radością.

Nikt mi takiego pytania wcześniej nie zadał… a to jest strasznie trudne, naprawdę, bo temat jest niezwykle złożony. Wchodzimy tu już w arkana pytania typu „gdzie się zaczyna a gdzie kończy sztuka”. Jedynym logicznym sposobem jest chyba zaryzykować. Pójść na koncert i sprawdzić, jak to na mnie działa. Czy mi się podoba czy nie – i w obu przypadkach postarać się zrozumieć dlaczego tak jest. Ja, podobnie jak moje koleżanki z Opium String Quartet, nie rozgraniczam publiczności na tę „wiedzącą” i „niewiedzącą”. Każdy koncert jest dla naszego kwartetu bardzo ważny i liczy się tylko to, czy ludzie nas faktycznie słuchają. Reszta nie ma większego znaczenia. Myślę, że pewien rodzaj energii, która jest na scenie, udziela się też publiczności.

Aha! A więc to Wy się macie przygotować a nie słuchacz! (Śmiech)

Tak, bo jeśli to jest coś szczerego, jeśli jesteśmy dobrze przygotowane, to ludzie to czują. Oczywiście, są takie wydarzenia, czy festiwale, na których publiczność jest bardziej „wyrobiona”, bardziej wymagająca, ale to jest drugorzędne. Liczy się to, czy ludzie słuchają muzyki i czy jesteśmy w stanie tak przykuć ich uwagę, by niezależnie od tego kto tam siedzi, nikt się nie nudził.

W niedawnym filmie Yarona Zilbermana „A Late Quartet” obserwujemy kwartet jako zespół, w którym relacje międzyludzkie przypominają czteroosobowe małżeństwo.

Bo tak jest! Wyobraź sobie, że przez wiele lat grasz w zespole z tymi samymi osobami. Oczywiście zdarzają się zmiany, ale my w O.S.Q gramy od dziesięciu lat prawie w tym samym gronie. To bywa bardzo trudne, zwłaszcza, że jest nas tylko czworo. Jeśli jest dużo prób, a co za tym idzie- wyjazdów i koncertów, to prawie wszystko jest wspólne. Hotele, samochód, obiady, garderoba czas wolny… Do tego dochodzi jeszcze trema, stres przed występem, zmęczenie. Trzeba mieć bardzo dużo dyscypliny, żeby móc ze sobą zawodowo pracować. Żeby to, co się dzieje w naszym prywatnym życiu, albo fakt, że mamy gorszy dzień, nie wpływało na profesjonalne zajmowanie się muzyką. Zdarzają się więc napięcia, ale oczywiście są też momenty cudowne. Tak na prawdę nasze konflikty najczęściej dotyczą grania i to próby bywają katalizatorem napięć. Bo choć tworzymy jeden zespół, bywa tak, że każda z nas ma zupełnie inną wizję, inny pomysł na wykonanie danego fragmentu, czy pojedynczego dźwięku. Czasem powstają nawet frakcje: dwie osoby uważają, że tak będzie dobrze, dwie są absolutnie przeciwne, albo rodzi się front trzyosobowy, walczący np. o lepsze piano w danym miejscu. W kwartecie mówi się, że koleżanka czy kolega z zespołu jest twoim najlepszym nauczycielem. Bo koleżanka siedząca obok, najlepiej słyszy twoje błędy. Więc dochodzi jeszcze trudność znoszenia ciągłej krytyki. Oczywiście, ta krytyka jest zazwyczaj konstruktywna, ale gdy słyszysz ją dzień w dzień, to i na nią trzeba mieć trochę tolerancji.

I nie można się nigdzie przed tym schować, jak na przykład w orkiestrze.

Nie da się niczego ukryć i nikogo oszukać. Potrzeba ciągłych kompromisów. Faktycznie, jak w związku.

Bo kwartet to taki dziwaczny trochę twór. Z jednej strony czterech solistów, z drugiej jednak zespół…

To, że jesteśmy zespołem czterech indywidualności, tworzy też bardzo silne przyzwyczajenia, wręcz fizyczne. Kiedy gramy koncert, w wielu miejscach musimy wspólnie oddychać, albo poczekać na oddech koleżanki przed jakimś trudniejszym wejściem –żeby wspólnie zagrać daną nutę czy akord. Znamy doskonale ruchy drugiej osoby, robimy pewne rzeczy intuicyjnie.

We wspomnianym filmie sporym problemem było pojawienie się nowego muzyka.

Bo jeśli do kwartetu wchodzi ktoś nowy, to wchodzi z całą swoją fizycznością, do której trzeba się przyzwyczaić. Nie wystarczy sam fakt, że ten ktoś dobrze gra. Wszystko jest procesem, musi się wytworzyć z tego jakaś całość, jedno kwartetowe ciało.

Nie można stworzyć dobrego kwartetu smyczkowego z czterech osób, które się nie lubią?

Nie wiem, może. Na szczęście my się lubimy. Słyszy się wiele plotek o kwartetach, które ze sobą nie rozmawiają, śpią w osobnych hotelach i mają siebie już dosyć. My nauczyłyśmy się na przestrzeni tych lat tak funkcjonować, że gdyby miało się coś takiego z Opium String Quartet stać, to już by się stało. Oczywiście czasem mamy siebie dosyć, ale generalnie się lubimy. (Śmiech)

Ale żarty z altowiolistki są.

Oczywiście że są. To przecież koloryt tego zawodu i w ogóle środowiska muzycznego, że są dowcipy o pewnych muzykach. Zresztą, wcale się na to nie obrażam. Sama znam ich najwięcej. (Śmiech)

Poza tym o skrzypkach też jest masa dowcipów i można się odgryźć.

O altowiolistach jest ich najwięcej.

Po Fryderykach zalały was propozycje koncertowe?

Wciąż na to liczymy i mam nadzieję, że to bardziej długofalowy proces. Pierwsze zainteresowanie naszą płytą „Chagall for Strings” pojawiło się we Francji jeszcze przed ogłoszeniem nominacji do Fryderyków, gdzie zostałyśmy zaproszone na udział w kilku festiwalach. Miałyśmy wrażenie, że w Polsce ciężko nam będzie się z naszą płytą przebić, choć gościnnie wystąpiła na niej znakomita Jadwiga Rappé a sam album otrzymał patronat II Programu Polskiego Radia. Nie spodziewałyśmy się Fryderyka, a już zwłaszcza przy nominowanych w naszej kategorii gigantach – między innymi płycie z muzyką Góreckiego czy symfoniami Pendereckiego. Zażartowałam zresztą podczas gali, że to wręcz nie wypada. (Śmiech). A tak na serio, póki co, to nasza najlepsza płyta. I pomału przymierzamy się do kolejnej.

Share it